Zakładki:
Strony frustrujące
Strony jajeczne
Ulubione blogi cudze
|
środa, 30 czerwca 2004
Frustracja na smutno
Spacer z psem. Idziemy wokół bloku. W nocy lało jak jasna cholera. Wypełzły ślimaki. Pierwsze okrążenie: ślimak pełznie sobie po betonie. Myślę sobie: "Podsadzę drania na trawnik". Ale potem patrzę, że drań ma dość blisko do trawnika. Drugie okrążenie: ten sam ślimak, tylko rozdeptany. I cały dzień szlag trafił.
wtorek, 29 czerwca 2004
Fru, fru, fru
Frustratka totalna ze mnie. Dziś wszystko mnie frustruje. Idę do supermarketu, biorę koszyczek (nie wózek, bom skromna osoba). Przy kasie towar wykładam na taśmociąg, a koszyczek chcę złożyć tam, gdzie kazali. A tam jeden koszyczek w poprzek, drugi na sztorc. Mojego nie da się wepchać. I muszę układać koszyczki cudze. I, kurna, układam. Bo mam takie coś w sobie, że jak mogę pomóc innym, to pomagam. Bo te kobiety biedne zatrudnione w sklepie (kupuję w polskiej sieci, żadnych Geantów itp.) muszą potem koszyczki zanieść na stojaczek przy wejściu... a następny kupujący musi gdzieś swój koszyczek złożyć. A nasza nacja postępuje według hasła APRES NOUS LE DELUGE. I TO MNIE FRUSTRUJE!!!
niedziela, 27 czerwca 2004
Frustru - to co było...
Bosz, zeżarło wpis o torbach-jamnikach, co to piją pod pachami, a pożytku z nich żadnego. Zeżarło wpis już nie wiem o czym... Ale na szczęście zachowałam dzisiejszy frustratek w najlepszej z dostępnych pamięci, bo szarokomórkowej: Mam komórkę (mówię o telefonie, szarych komórek mam sporo). Mam ładowarkę. Mam walkmana na baterie ładowalne. Mam ładowarkę. Mam aparat cyfrowy (jakoś telefon połączony z cykaczem zdjęć mi nie odpowiada). Do niego jest ładowarka. Mam odtwarzaczyk do MP3. On także ma ładowarkę. Mam męża. On ma duuuużo sprzęcików i duużo ładowarek. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie rozplątywanie gmatwaniny kabelków (wplątał się tam także oczywiście cieniuteńki kabelek od słuchawek), które trwało dziś 20 minut i zmusiło mnie do użycia słów, których w niedzielę używać nie wypada.I przeczytałam, że już takie sprytne robią cosik do przechowywania zdjęć. Z ładowarką.Jak to dobrze, że pies, chociaż ma smycz, nie został przez Stwórcę wyposażony w ładowarkę.
frustru, frustru
Postanowiłam pogmerać przy formie bloga. W nagrodę zżarło mi trzy wpisy, łącznie z dzisiejszym. WRRRRR!!!!!
piątek, 25 czerwca 2004
PRANIE
Dzień jakiś wkurzający... Ja rozumiem, że jak się włoży do pralki skarpetki w liczbie Pięciu Par, to się wyciąga potem Dziewięć Sztuk Nie Od Pary. To jest stwierdzone zjawisko, haracz na rzecz Wielkiej Skarpety. Tego nie przeskoczysz, nie buntuję się, uszki po sobie kładę. Ale kiedy wsadzam ukochany bawełniany sweterek do pralki, ufając zapewnieniom wytwórcy, że bawełniany on i że prać w 40 stopniach... A potem go wyciągam z pralki w postaci Sztywnego Półpancerzyka Dla Dwulatków... to mi naprawdę opada wszystko, łącznie z tym, czego (jako kobieta) nie mam. Jak tak można???! pani na kogoś czeka
Restauracja. Nazwy nie wymienię przez litość. Godzina spotkania równa. Przychodzę o niezbyt równej, bo tak wyszło. Pić mi się chce jak jasna cholera (wreszcie lato). Siedzę przy stoliku. Kelner ignoruje mnie totalnie. Przy stoliku obok siada Mężczyzna. Kelner bieży do Mężczyzny w podskokach. Robię minę i gest typu "proszę podejść". Mija pięć minut. Zbyt wielu gości ta knajpa nie ma. W szóstej minutcie zjawia się Kelner niosący Mężczyźnie piwo. Robię rozpaczliwe gesty. Kelner pomija mnie wzrokiem i znika na zapleczu. Gardło suchutkie jak ja nie wiem co. Zjawiają się kolejni goście. Zajmują stolik. Jest ich troje (włosy szatyn, blond, bez marchewy... to nie Ich Troje). Widzę kelnera. Podnoszę łapkę... A gdzie tam. Kelner robi ziuuuum! i już się zgina w ukłonach przy stoliku obok. Przyjmuje zamówienie. Czyham na moment, kiedy odejdzie od stolika, by udać się na zaplecze. I oczywiście nic. Jestem invisible. Kelner wychodzi z zaplecza dźwigając tacę dla ich trojga. Serwuje, odchodzi. Łapię go za frak (mija 25 minut od mojego wejścia do restauracji). JA - Czy mogę prosić o wodę mineralną z gazem i kawę? KELNER - (totalny brak kumatości na obliczu) Że co? JA - Od dwudziestu pięciu minut czekam, aż ktoś tu podejdzie. Co to za porządki? Dlaczego jedni goście są obsługiwani, a inni nie? KELNER - Ale ja myślałem, że pani na kogoś czeka. I tu spuśćmy może kurtynę. Dla co wrażliwszych - kelner po mordzie nie dostał, bom subtelna niewiasta. Huśtawka nastrojów
Już tak na krawędzi samej wymarzonych wakacji... i tyle jeszcze spraw do załatwienia, zrobienia, odwalenia, odhaczenia. Jakoś marchewka nieproporcjonalnie mała w stosunku do bata. Ech...
czwartek, 24 czerwca 2004
Sy my u ty e ky
No dobra, wkurza mnie od szkoły podstawowej (a kiedyż to było? Najstarsi ludzie nie pamiętają). Jest alfabet. A, be, ce... itd. A dzieci mówią A, byy, cyy. I nawet w "Zemście" było "By... by duże". Może ja się nie nadaję. Ale jak słyszę: Cyy hyyy uu jyyy (żart, nikt tego słowa nie pisze przez ce ha (cy hy), to mię krew zalewa. Tak samo mnie zalewa krew na to coś, co mnie sformatowało przed chwilą. Pewnie zaraz potem wpis zniknie. Znam to.
środa, 23 czerwca 2004
Paranoja
Bloga mi się zachciało, psia jego matiuszka. O czym mam pisać? O tym, co wszyscy? Toż to nudne jak telenowela. I tu się przyznam, żem kaleka na polskim rynku, bom chyba jeden odcinek Tego, Co Oglądają Miliony widziała. Ani "Złotopolskich" ani "S jak Serwatka". Kiedy w tiwi jakieś audiotele na ten temat leci, czuję się malutka i bezrozumna. Ale nic to, zaczął się sezon na bób. Najmilsza kombinacja: Mazury, czereśnie, bób, słonecznik. A pies weterynarz wykrył u mojego psińca chorą pikawę. Bosz...
poniedziałek, 21 czerwca 2004
Dziś wkurzam sama siebie, bo terminu nie dotrzymuję. Nie, nie chodzi o ciążę. Przekleństwo kobiet... facetowi nikt nie będzie wtykał ojcostwa. Ale jeśli facetowi wolno się powstrzymać od ojcostwa (duuże brawa), to kobiecie też chyba. Coś ściemniam. Ale termin goni, a robota niewykonana. I wyrzut sumienia rośnie. I rozpycha się w nocy i mówi: "Pani Pogorzelska, ty sobie śpisz, a zleceniodawcy czekają". Ja bym chciała brzydko o zleceniodawcach, gdzie oni sobie mianowicie mogą... ale małolaty czytają blogi... to może nie. Ale lipiec urlopiasty już tuż tuż. I to mnie trzyma przy życiu. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||